Jak zaczęli faworyci NBA?

Mamy już za sobą kilka kolejek nowego sezonu NBA i pierwsze co rzuciło się w oczy, to wyniki z bardzo dużą przewagą, co pokazuje, że będzie to całkiem inny sezon niż wszystkie. Przed rozpoczęciem rozgrywek pojawiło się jednak grono faworytów. Jak oni rozpoczęli nową kampanię?

Los Angeles Lakers

Lakers od samego początku są stawiani w roli głównych faworytów do tytułu. W zespole został LeBron James, kontrakt podpisał Anthony Davis, dodatkowo zespół wzmocnił Marc Gasol, Montrezl Harrell, czy Dennis Schroeder. Prawdopodobnie samo Lakers może okazać się największym przeciwnikiem obrońców tytułu.

I to sprawdza się od początku sezonu. Choć na rozpoczęcie ulegli Clippersom, zwyciężyli pozostałe siedem spotkań. Dopiero minionej nocy pierwszy raz rzucili poniżej stu punktów. Liderem jak zwykle jest James, który rzuca średnio 23,9 punktów w meczu. To co prawda wynik poniżej oczekiwań, ale umówmy się, to James. Jak będzie trzeba rzuci więcej. Poza tym legenda NBA notuje też blisko osiem asyst w każdym meczu, prawie dziewięć zbiórek. Znacznie nie odstaje też Davis, który ma średnią punktową 22,3, a do tego dziewięć zbiórek.

Dwójka liderów spisuje się więc obecnie bez zarzutu, dlatego nie ma powodów, by wychylała się reszta. A gdy będzie potrzeba, w obwodzie jest jeszcze kilku zawodników, którzy mogą pomóc wrzucić kolejny bieg.

Milwaukee Bucks

W zeszłym sezonie ponownie play-offy okazały się problemem dla Bucks. W tym sezonie nadal będą jednym z głównych faworytów. Jest w końcu Giannis Antetokounmpo, MVP poprzedniego zespołu, z którym udało się podpisać nowy kontrakt. I w tym sezonie to ponownie od Greka będzie wszystko zależeć.

A na razie jest średnio. Osiem spotkań, w tym pięć wygranych i trzy porażki. Co z tego, że zespół rzuca zdecydowanie najwięcej punktów w lidze, jeżeli pozwala na to również rywalom. W końcu New York Knicks rzucił ich 130, a Boston Celtics na rozpoczęcie 122.

Ale skoro wszystko kręci się wokół Giannisa. 26,1 punktów, 5,4 asysty, 10,9 zbiórek. Wynik dobry, ale jeszcze nie powala. Swojemu liderowi stara się pomagać też Khris Middleton, mający średnią powyżej 20 punktów. Póki co, jednak Bucks muszą zdecydowanie poprawić grę w obronie.

Los Angeles Clippers

Zmiana Doca Riversa na Tyronna Lue, to chyba najistotniejszy ruch w „Mieście Aniołów”. Nadal wszyscy kibice liczą na zabójczy duet Kawhi Leonard – Paul George. Póki co w dziewięciu meczach Clippersi zanotowali sześć zwycięstw, przede wszystkim na początku pokazując Lakersom, że łatwo skóry nie sprzedadzą. Niepokoi z pewnością ogromna klęska z Dallas Mavericks 73:124.

To trochę cyferek. George – 24,6 punktów, 4,8 asyst i 6,5 zbiórek. Leonard – 23 punkty, 6,1 asyst i 5,6 zbiórek. Cieszy z pewnością to, że gdy jeden gra odrobinę słabiej, drugi wygląda za to lepiej. Problem pojawia się, gdy obaj mają słabszy dzień.

Brooklyn Nets

W końcu po roku udało się sprowadzić Kevina Duranta, który razem z Kyrie Irvingiem ma poprowadzić ekipę z Nowego Jorku do upragnionego mistrzostwa. Tyle tylko, że Durant był trochę niepewny, bowiem po poważnej kontuzji. Już jednak przed sezonem pokazał, że nie ma czym się specjalnie martwić.

Dodatkowo zespół przejął Steve Nash, postać, której specjalnie przedstawiać nie trzeba. Jeden z najlepszych rozgrywających ostatnich lat.

Co prawda w ośmiu meczach Nets wygrali cztery i tyle samo przegrali, jednak imponują liderzy. Kevin Durant rzuca średnio 28,2 punktów, a Irving 27,1. Tylko czekać aż dołączą do nich koledzy.

Dallas Mavericks

Póki co Dallas mają więcej porażek niż zwycięstw. Zespół ciągle bowiem czeka na Kristapsa Porzingisa, który co prawda wrócił do treningów, jednak ciągle nie jest do gry. Sezon zaczął więc osamotniony Luka Doncić, ale i on doznał kontuzji, choć niegroźnej. Jednak Słoweniec od początku sezonu spisuje się dobrze. Zalicza średnio 25,8 punktów, 7,2 asyst i 9 zbiórek na mecz. Szwankuje jeszcze jego skuteczność rzutów za trzy.

Jednak Mavericks póki co pokazują, że w tym sezonie może zdarzyć się wszystko. Zbicie Los Angeles Clippers 51-punktami to wynik wręcz szokujący.

Houston Rockets

Nie jest tajemnicą, że James Harden robi wszystko, by odejść z Houston. Jednak patrząc na obecną postawę, warto się zastanowić, co byłoby z zespołem, gdyby „Brodacz” faktycznie zmienił barwy. Nawet ze świetnie spisującym się Hardenem, który rzuca po 30 punktów regularnie, udało się tylko dwukrotnie pokonać Sacramento. I to póki co zdecydowanie za mało.

Golden States Warriors

Po fatalnym zeszłym sezonie, wydawało się, że powroty do gry Stephena Curry’ego i Klaya Thompsona spowodują, że może wrócić dawny blask GSW. Udało się też pozyskać z drugim numerem draftu Jamesa Wisemana.

Wszystko wyglądało fajnie, do momentu, w którym okazało się, że Thompson jednak grać nie będzie, bowiem nabawił się kolejnej kontuzji, która wyłącza go z gry na najprawdopodobniej cały sezon. To pogrzebało Golden jako faworyta. Choć Curry stara się robić co może, tak jak w meczu z Portland, gdy rzucił aż 62 punkty.

W oczy rzuca się jednak to, że nie za bardzo ufa kolegom i stara się jak największą ilość akcji skończyć sam. Jak na niego notuje też przeciętną skuteczność „trójek”. Wszystko nadrabia punktami. Na mistrzostwo to będzie jednak za mało.

Miami Heat

Miami w tym sezonie miało robić wszystko, żeby pokazać, że zeszło sezonowy finał to nie był przypadek. Praktycznie wszyscy najważniejsi zostali, dlatego wydawało się, że wynik powinien być podobny. Ale Heat od początku sezonu są fatalni. Zeszłoroczny lider, Bam Adebayo notuje poniżej 20 punktów, Tyler Herro, który błysnął w play-offach również nie powala. Nic specjalnego nie prezentuje też Goran Dragić, podobnie jak Jimmy Butler. Na razie ogromny zawód.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: